Ariana dla WS | Blogger | X X

sobota, 2 listopada 2019

Miesięczny tatuaż - czy to działa? Sprawdzam na sobie!

Oficjalnie blog zmartwychwstaje!
Trochę się działo przez ostatni czas, ale nie martwcie się, nie zapomniałam o moich blogach (tak, o opowiadaniu również). Teraz postaram się już pisać bardziej regularnie, ale jak wiecie różnie mi to wychodzi. Myślę, że już się do tego przyzwyczailiście ;)
Tematem dzisiejszego posta jest mój "test na żywo" domowego triku na miesięczny tatuaż. Już dawno temu moja przyjaciółka wysłała mi taką oto grafikę:
Postanowiłam wypróbować tutaj przedstawioną metodę i zdać Wam z tego relację.
Spray do włosów, długopis oraz puder dla niemowląt - wszystko to, co według autora powyższego posta jest potrzebne do tego zabiegu.
Krok 1 - rysunek.
Tutaj już po wszystkich pozostałych krokach - pocieraniu pudrem, pryskaniu sprayem oraz zmyciu tego wszystkiego wodą. Jak widzicie na załączonym obrazku, "tatuaż" wyblakł, nie jest już tak efektowny jak świeżo po narysowaniu.
Miałam niedosyt i namalowałam jeszcze łapkę, tyle, że tym razem użyłam flamastra.
Wyszło jeszcze gorzej niż poprzednio, prawie go nie widać.
Próbowałam poprawić tę łapkę jeszcze żelopisem, ale na nic się zdały moje starania. Tak wygląda efekt końcowy.
Pewnie zastanawia Was trwałość takiej "dziarki". Czy faktycznie przetrwała miesiąc?
Cóż... to się nie trzymało nawet tydzień. A konkretnie to tylko jakieś 2 dni.
Niestety, zawiodłam się, ponieważ liczyłam, że serio może coś z tego wyjdzie. Pewne triki z Internetu nie działają i ten właśnie do nich należy.
Próbowaliście kiedyś jakichś dziwnych trików z Internetu? A może nawet tego samego co ja? Jak Wam się sprawdziły? Koniecznie podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach :)

niedziela, 18 sierpnia 2019

Facebook vs Rzeczywistość, czyli patologia życia na pokaz i pokazywania swojej prywatności

Na wstępie zaznaczam, że nie zabraniam nikomu postępować według schematów przedstawionych w dzisiejszym poście. Uważam, że każdy ma prawo o sobie decydować. Ba! Jeżeli nawet zachowujesz się tak jak opiszę to poniżej, to nie moim celem jest krytykowanie takiego podejścia do życia ani moralizowanie Ciebie. Celem tej notki jak każdej innej tego typu jest jedynie wywołanie dyskusji oraz przedstawienie mojego zdania.
Dużo ostatnio się mówi o Instagramie jako takim serwisie społecznościowym, który zakłamuje rzeczywistość, pokazuje pozornie doskonałe ciała, twarze, wnętrza, wakacje, życie. Ja jednak postanowiłam przyjrzeć się jemu starszemu bratu, Facebook'owi.
Od dłuższego czasu obserwuję na tym portalu członków mojej rodziny czy też znajomych, ale widzę to także u zupełnie mi obcych ludzi. Wszystkie te osoby łączy pewien sposób prowadzenia ich profilu na tejże stronie internetowej, który nazwałam "życiem na pokaz".
Co mam na myśli i dlaczego może być to potencjalnie niebezpieczne? Tak jak nazwa oraz powyższy obrazek sugerują - chodzi mi o użytkowników, którzy wyglądają jakby poprzez korzystanie z Facebook'a chcieli wszystkim wokół udowodnić jakie to ich życie jest szczęśliwe, a gdy pogadasz z bliskimi znajomymi takiego osobnika czy nim samym to okaże się, że w rzeczywistości dana rzecz wygląda zupełnie inaczej.
Oto przykłady z życia wzięte:
1. Matka pisząca w komentarzu (wiecie, żeby wszyscy widzieli) same słodkie słówka córce, tymczasem za zamkniętymi drzwiami ich domu znęca się nad nią psychicznie, a może też fizycznie.
2. Tzw. typ maDki 24/7, wielka z niej Matka Polka i męczennica bo urodziła dziecko, w dodatku wstawia gdzie się da zdjęcia swojej pociechy jakby to było jej jedyne osiągnięcie życiowe, udowadniającą wszystkim, że bardzo kocha swojego bombelka. Tak naprawdę wcale nie chce zajmować się swoim potomstwem, kiedy tylko może zostawia je pod opieką kogoś z rodziny.
3. Potrzeba udowadniania wszystkim wirtualnym przyjaciołom jakie to ma się ciekawe życie. Spotkanie z rodziną? Wyjazd? Nowy aparat? Rower? Samochód? Dom? Pójście na spacer z dzieckiem? I cyk foteczka, leci na FB!
4. Obnoszenie się ze swoim każdym związkiem. Nie, nie mam na myśli tego, że ktoś oznaczył z kim i w jakim jest w związku, to akurat moim zdaniem nie jest niepokojące, po to jest ta opcja by z niej korzystać, lecz niepokojące jest już dla mnie wrzucanie pewnych zdjęć. Chodzi mi o wrzucanie zdjęć gdy dana osoba całuje się ze swoją drugą połówką (raz nawet spotkałam się ze zdjęciem na którym para leży w łóżku, co zostawię bez komentarza). I można wrzucić taką fotkę raz czy dwa, jeśli ma się taką potrzebę (choć dla mnie już to jest pewne naruszenie prywatności, ale ja akurat mam takie podejście), lecz ja widzę często osoby, które wrzucają tylko takie zdjęcia! A najlepsze jest gdy często zmieniają partnerów i na takich fotkach są co chwilę z kimś innym :') Może trofea zbierają?
Ok, żarciki na bok, jak wiecie teraz trzeba uważać na to co się mówi bo hejt i mowa nienawiści, mimo, że o nikim konkretnym nie napisałam ;)
A teraz już na poważnie wyjaśnijmy sobie dlaczego takie zachowania według mnie są niepokojące i mogą być niebezpieczne. Dwa pierwsze punkty to typowe "życie na pokaz", a właściwie można to nazwać hipokryzją. Wydaje mi się, że zagrożeń związanych z takim podejście nie trzeba za bardzo tłumaczyć. Osoby te tworzą sobie sztuczny wizerunek, ktoś kto nie zna ich bliżej być może wierzy w to co widzi w Internecie, ale kto ma z nimi do czynienia na co dzień to wie jak wygląda sytuacja. Trochę mi to przypomina taką udawaną "szczęśliwą rodzinkę". Wiecie, jak w piosence Melanie Martinez "Dollhouse". Na zewnątrz, dla sąsiadów, na zdjęciach wszyscy uśmiechnięci, stanowią wzór cnót, a gdy nikt nie widzi matka pije, ojciec się zabawia się z prostytutkami, a brat pali maryśkę. A później wszyscy się nie mogą nadziwić jak to taki "kochany tatuś" bije swoje dzieci. Skąd bierze się coś takiego? Osobiście mam taką teorię, że tuszowanie w taki sposób swoich zachowań może świadczyć o toksycznej osobowości danej jednostki (np. narcyzm, psychopatia, socjopatia). Nie znaczy to, że na pewno każdy człowiek postępujący w taki sposób jest narcyzem czy psychopatą! Ta jedna rzecz to jeszcze za mało by coś stwierdzić. Taka osoba może po prostu czuje się zabłąkana, nie wie czego chce, wstydzi się swojego życia, chce by inni widzieli ją inaczej niż jest naprawdę... nie wiem... może niech jakiś psycholog się wypowie ;) Jest też drugi aspekt sprawy, który tyczy się głównie tzw. madek. Wrzucanie zdjęć swoich dzieci do Internetu. Wiecie, że w Internecie nic nie ginie? Nie wiadomo kto te zdjęcia później zobaczy i co dalej zrobi. Według mnie jest to narażanie własnych dzieci na niebezpieczeństwo. Poza tym bardzo często są to zdjęcia robione w takich momentach, w których nikt by chyba nie chciał mieć robionego zdjęcia, a tym bardziej widocznego publicznie. Czy w ogóle ktoś się pytał tych dzieci o zgodę na publikację ich zdjęć? Wątpię, gdyż są to często niemowlaki. Drogi rodzicu, Twoje dziecko to nie jest Twoja własność, to jest inny człowiek, mimo tego, że może jest jeszcze mały i niezbyt wiele rozumie. Wrzucanie do Internetu czyichś zdjęć bez zgody tej osoby jest niezgodne z prawem. Twoja pociecha, gdy trochę podrośnie może sobie nie życzyć by fotki jak np. siedzi na nocniku krążyły gdzieś tam w Internecie. Były nawet przypadki, gdy dorosłe już dzieci przez takie zdjęcia pozywały swoich rodziców do sądu. Wcale się im nie dziwię.
Trzeci i czwarty przykład też jest swego rodzajem "życiem na pokaz", ale jak w tamtych podpunktach głównym problemem była hipokryzja, tak tutaj jest zbytnie ujawnianie światu swojej prywatności. Pod to w sumie też można podpiąć publikowanie zdjęć swoich dzieci. Co w tym złego, zapytacie. Przede wszystkim zdradza to problemy z tożsamością takiej osoby. Niektóre posty i zdjęcia mam wrażenie, że aż do mnie krzyczą "Patrz, jestem kimś! Mam rodzinę, samochód, przyjaciół, dziecko, dziewczynę/chłopaka, patrzcie jak się kochamy!". Fajnie, ale po co to wszystkim pokazywać? Czy nie lepiej na bieżąco cieszyć się spędzonymi wspólnie chwilami i zachować je dla siebie? Dlaczego zdradza to problemy z własną tożsamością? Z tego co wiem taki typ Internauty najczęściej z jakiegoś powodu nie zbudował sobie na solidnym fundamencie poczucia własnej tożsamości i co za tym idzie także własnej wartości. Nie do końca jego poczucie swojej tożsamości i wartości płynie z wewnątrz (z własnych przekonań i wewnętrznego "ja"), a zaczyna płynąć z zewnątrz (chyba jestem "kimś", no bo w końcu mam partnera/partnerkę, dzieci, samochód, dom, psa, kota, jeździmy wszyscy na ekskluzywne wakacje), w związku z tym dzięki Facebook'owi i innym portalom społecznościowym taki ktoś może jeszcze bardziej utwierdzać siebie i innych w przekonaniu, że coś znaczy bo ma mnóstwo zdjęć na których całuje się ze swoją drugą połówką podczas wypoczynku w luksusowym hotelu w Las Vegas. Powiedzieliśmy już sobie, iż zdradza to pewne problemy. Ale czy zdradzanie swojej prywatności może być niebezpieczne? Pewnie, że może. Może pod względem, że tak to ujmę "materialnym" np. kiedy już jesteś w tym Las Vegas i publikujesz zdjęcia jak to się fajnie bawicie, w tym samym czasie potencjalny złodziej dostaje cynk, że nie ma Was w domu i idzie Was okraść. Jednak ma to także dużo negatywnych psychologicznie skutków. Jak już wspominałam wcześniej, zamiast cieszyć się chwilą spędzaną z ukochanymi osobami, wyciągasz telefon i Wasze zdjęcia z takiego spotkania są dla wszystkich dostępne, przez co zatraca się intymność Waszej relacji. Wszyscy wiedzą co, gdzie i z kim robicie. Jest to też taki trochę brak poszanowania dla tej drugiej osoby i Waszej relacji, no bo nie celebrujesz z nią tego spotkania, tylko najpierw musisz obwieścić całemu światu, że się spotkaliście. No i rzecz chyba najważniejsza... prywatność (jak sama nazwa wskazuje) powinna pozostać prywatna. Zachowaj ją dla siebie i swoich bliskich. Jeżeli chcesz się nią dzielić szerzej to licz się z konsekwencjami. Ostatnio można zaobserwować, że dużo popularniejszych youtuberów ma problemy, gdyż granice ich prywatności zostały przekroczone, np. dany vloger pokazał na filmie z kim jest w związku, po czym zerwał z tą osobą, a widzowie natychmiast zaczęli żądać wyjaśnień i pikantnych szczegółów. Albo inny vloger. Na którymś z vlogów pokazał okolicę, w której mieszka. Psychofani kolejnego dnia zaczęli dobijać się do jego drzwi. Innymi słowy ich prywatność przestała być prywatnością i teraz będzie ciężko z tego wybrnąć.
Ale... to tylko moja opinia. Co o tym sądzicie? Też uważacie, że takie zachowania mogą być niebezpieczne? A może wręcz przeciwnie? Dlaczego? Może są jeszcze jakieś typy niepokojących zachowań użytkowników "twarzoksiążki", których nie wymieniłam? Zapraszam do dyskusji!

piątek, 2 sierpnia 2019

Ja i ideologia "Cruelty free". Dlaczego nie zwracam już uwagi na testowanie na zwierzętach?

Źródło obrazka: https://www.kojabeauty.com/buy-cruelty-free-vegan-korean-skincare/
W ostatnim poście (Prawda boli) obiecałam, że pokażę Wam jak działa ideologia na moim przykładzie. Właśnie przyszedł na to czas.
W marcu 2017 roku opublikowałam notkę zatytułowaną "Testowanie kosmetyków na zwierzętach". Było to niedługo po tym jak sama zaczęłam interesować się ów zagadnieniem i zdecydowałam używać kosmetyków cruelty-free, czyli po prostu nietestowanych na zwierzętach. W postanowieniu tym wytrwałam ok. 2 lata. Dlaczego postanowiłam zrezygnować?
Krótko mówiąc wpadłam w ideologię, a bycie w ideologii nigdy nie jest dobre. Na początku było super. Miałam poczucie, że robię coś dobrego dla świata i przede wszystkim nie przyczyniam się do krzywdy zwierząt wykorzystywanych do testów, a także nie wspieram "tych złych koncernów, które godzą się na krzywdę zwierząt bo chcą mieć zyski w Chinach". Wtedy nie znałam się także zbytnio na składach kosmetyków, więc kupowałam cokolwiek byleby nie było to testowane, przez co ucierpiały nieco moja skóra i włosy. Oczywiście później ogarnęłam ten temat i tutaj zaczęły pojawiać się schody, ale o tym później. Wydaje mi się, że zawsze byłam typem człowieka, który jak wchodzi w jakąś ideę to całym sercem, przez co zaczynam za bardzo się wczuwać i ma to później dużo negatywnych skutków. Teraz staram się nad tym pracować, gdyż wiele razy przekonałam się jak jest to niebezpieczne. Tak było i tu, wczułam się za bardzo. Uważnie zawracałam uwagę nie tylko na to co ja kupuję, ale też na to czego używają inni. I tak oto gotowało się we mnie jak widziałam, że ktoś używa produktów firm, które nie są cruelty-free. Zaczęłam "nawracać" swoją babcię, która namiętnie używała i dalej używa praktycznie samych preparatów do pielęgnacji testowanych na zwierzętach. Wkurzał mnie ten fakt, tym bardziej, że rozmowa z nią była jak grochem o ścianę :D "Uświadamiałam" także moją mamę np. robiąc z nią zakupy. Dochodziło do takich sytuacji, gdzie ona kazała mi kupić daną rzecz, która nie była cruelty-free, więc albo szukałam zamiennika albo faktycznie kupowałam tą rzecz i miałam przez to wyrzuty sumienia. Będąc w sklepie zanim nabyłam kosmetyk nieznanej mi firmy sprawdzałam dokładnie na facebook'owej grupie bądź na internetowych listach jaki jaki jest jej status. Dochodziło nawet do tego, że gdy czytałam na jakimś blogu recenzję jakiegoś mazidła stworzonego przez markę testującą na zwierzętach próbowałam "umoralniać" danego blogera informując go o tym w komentarzu. Na Instagramie tak samo - pamiętam jak ciągle pisałam pewnej wegetariance, że kosmetyki, które promuje są testowane na zwierzętach :) Na swojego prywatnego facebook'a dodawałam jakieś dziwne obrazki nawołujące do przestania używania kosmetyków pewnych firm, była nawet taka akcja, że coś tam pisałam pod postami pewnych testujących marek... Bardzo negatywnie ten aspekt wpłynął na moje relacje międzyludzkie, gdyż potrafiłam być do kogoś uprzedzona tylko na podstawie tego jakich ten ktoś używał kosmetyków... No i sama niepotrzebnie też się nakręcałam jakąś nienawiścią. Ok... wróćmy do pogłębienia mojej wiedzy o kosmetykach. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że skład rzeczy, które nakładamy na nasze ciało nie jest bez znaczenia. Rozpoczynając świadomą pielęgnację chciałam zaopatrzyć się w kosmetyki naturalne z dobrym składem. Owszem, jest takich dużo wśród cruelty-free, ale... nie wszystkie takie są. Nie mogłam np. znaleźć sobie odpowiedniego kremu bo wszystkie cf mi nie pasowały. Miałam też problem ze znalezieniem danego typu produktu w danej drogerii, przez co, żeby to było "wolne od cierpienia" musiałam szukać tego Bóg wie gdzie. Albo w ogóle nie było żadnej alternatywy z firmy nietestującej na zwierzętach. Wtedy oczywiście wychodziłam z niczym. Wielokrotnie też wolałam zapłacić więcej niż kupić coś testowanego. W tamtym roku miałam dwumiesięczny epizod z kosmetyczką, u której chciałam wyleczyć trądzik. Mała dygresja - jeżeli chcecie się pozbyć trądziku to za żadne skarby nie idźcie do kosmetyczki! Przyczyna trądziku leży wewnątrz organizmu i żadne mazidło ani żadne wyciskanie u kosmetyczki Wam tego trwale nie wyleczy! Mi wizyty u kosmetyczek wręcz pogorszyły stan cery. Jeżeli jesteście zainteresowani/e co powoduje trądzik i jak to wyregulować to polecam poniższy filmik:
Myślę, że o trądziku jeszcze napiszę coś w przyszłości.
Wracając do tematu. Gdy chodziłam do ów kosmetyczki dostałam od niej zalecenie by smarować twarz dwoma kremami marki X. Marka X nie dość, że do najtańszych nie należy to jeszcze testowana na zwierzętach, co mnie przybiło całkowicie, ale trudno, rodzice od niej już te kremy wykupili. I szczerze powiem były całkiem dobre, zwłaszcza jeden z nich. Do tamtej pory nie pomógł mi żaden specyfik tak jak ten. Z czasem i ten zaczął mnie uczulać, ale nie ważne. W pewnym momencie byłam zmuszona do jego używania, gdyż zanim nie znalazłam alternatywy nic innego tak dobrze się nie sprawdzało. Wszyscy chyba słyszeli o fenomenie koreańskich kosmetyków. Gdy rodzice namawiali mnie na zakup czegoś takiego to uparcie twierdziłam, że tego nie zrobię bo praktycznie wszystkie koreańskie firmy testują na zwierzętach. Mój tata wtedy stwierdził coś w stylu "Szkodzisz sobie w imię zwierząt". W tamtym momencie puściłam to mimo uszu, lecz kilka miesięcy później sama do tego dojrzałam. Doszłam do wniosku, że chcę mieć wybór i nie chcę odmawiać sobie czegoś co może mi pomóc tylko dlatego, że jakaś ideologia mi tego zakazuje. Nie chcę też wiecznie sprawdzać przy zakupie głupiego mydła czy oby na pewno jest cruelty-free. Nie chcę latać po całym mieście tylko po to by kupić to przysłowiowe mydło! Lubię testować na sobie różne rzeczy. Nie chcę psuć swoich relacji z rodziną i przyjaciółmi. Nie chcę by jakaś ideologia rządziła moim życiem i nie chcę się jej podporządkowywać!
Postanowiłam więc nie zwracać już uwagi na to czy dana substancja jest czy nie jest testowana na zwierzętach. Wybierać po prostu to co służy mi najlepiej. Analizując przez dwa lata listy kosmetyków nauczyłam się już mniej więcej, które marki są cf, a które nie i powiem Wam, że i tak większość produktów, które stosuję są cf. Tak wyszło samo z siebie. Nie rzuciłam się też od razu na "zakazany owoc", tylko najzwyczajniej w świecie wybrałam to co odpowiada potrzebom mojej skóry.
Co obecnie sądzę o testowaniu kosmetyków i innych chemicznych środków na zwierzętach? To samo co zawsze uważałam. Uważam, że jest to nieetyczne i szkoda mi tych zwierząt, wiem też, że jest mnóstwo alternatyw i to bardziej skutecznych od takich testów. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości zmieni się podejście w tym zakresie Chin i innych państw, gdzie wykorzystuje się zwierzęta do sprawdzania chemicznych substancji. Jednocześnie jak już wcześniej wspominałam nie chcę żyć w ideologii i swoje potrzeby jednak wolę stawiać wyżej niż potrzeby króliczków gdzieś tam w Chinach. Ktoś może stwierdzi, że to egoistyczne i w ogóle okropne z mojej strony. To prawda, w pewnym stopniu jestem egoistką tak jak każdy inny człowiek. Nawet powiem więcej. Pewien poziom egoizmu jest zdrowy! Pomaga nam przetrwać zarówno psychicznie jak i fizycznie. Więc jeżeli muszę być egoistką dla swojego komfortu psychicznego i mojego zdrowia to w tej kwestii będę! Ideologia sprawia, że zakłamujemy rzeczywistość. Ja dałam sobie na luz i jej już nie zakłamuję.
Co sądzicie na ten temat? Mieliście kiedyś podobne postanowienie jak ja? A może dalej w nim trwacie? A może byliście w jakiejś innej ideologii i postanowiliście z nią skończyć? Koniecznie podzielcie się swoimi doświadczeniami!
PS. Jak pewnie się domyślacie, przy recenzji kosmetyków nie będę już pisać czy dany specyfik jest testowany na zwierzętach czy też nie. Jeżeli Was to interesuje - sprawdźcie sobie sami ;)

niedziela, 14 lipca 2019

Prawda boli

Ostatnio po rozmowie z moją przyjaciółką, której morał brzmiał mniej więcej tak "Ludzie niby chcą prawdy, ale gdy ją usłyszą to nie są zadowoleni" naszła mnie pewna rozkmina, którą postanowiłam się z Wami podzielić. Jak tytuł posta wskazuje - "Prawda boli". Co mam na myśli? Z moich obserwacji wynika, że większość ludzi boi się prawdy. Powody tego są naprawdę różne. Jedni nie są szczerzy ze sobą, drudzy tkwią w ideologii, a trzecim prawda nie jest na rękę. Albo wszystko naraz. Jakieś przykłady? Proszę bardzo.
Osoby ślepo wyznające religię X, które są zamknięte na wszelkie argumenty przemawiające na niekorzyść ich wiary.
Osoby ślepo wpatrzone w naukę, twierdzący, że jak nauka czegoś nie udowodniła to na 100% dane zjawisko nie istnieje.
Feminazistki, które zaprzeczają, że kobiety z natury są nieco słabsze fizycznie od mężczyzn.
Osoby uzależnione od czegokolwiek, które temu zaprzeczają.
Frutarianie, którzy nie mogą przyjąć do wiadomości, że ich dieta jest bardzo niedoborowa i na dłuższą metę może być bardzo szkodliwa.
Weganie, którzy mówią, że produkty odzwierzęce są rakotwórcze, mimo, że tymczasem posiadają one wiele cennych makro i mikroelementów.
Osoby będące na diecie ketogenicznej, uważające, że jest to jedyna słuszna dieta dla wszystkich.
Wściekająca się osoba otyła o to, że na zadane przez nią pytanie "Czy jestem gruba?" ktoś odpowiedział twierdząco.
Anorektyczka zaprzeczająca temu, że je za mało i właściwie to ledwo stoi.
Osoba będąca w toksycznym związku mówiąca wszystkim na około, że jej związek jest cudowny...
... i wiele, wiele innych. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Gdyby ktoś chciał się przyczepić - nie, nie zamierzam atakować żadnych grup ludzi przedstawionych w przykładzie. Niech każdy żyje tak jak chce, to jego sprawa. Bo problemem nie jest to, że ktoś jest frutarianinem - problemem są towarzyszące temu ideologia, brak otwartości czy brak szczerości ze sobą. Nie mówię też, że wszyscy frutarianie tacy są, bo na pewno tak nie jest, ale jednocześnie widzę, że istnieje spora część ludzi, która taka jest.
Ale skąd to właściwie się bierze? Dlaczego ludzie tkwią w ideologiach, czemu zaprzeczają prawdzie, wręcz ją wypierają? Temat ideologii (nawet na moim przykładzie!) rozwinę bardziej w przyszłych postach, ale mniej więcej z mojego doświadczenia wynika, że w to badziewie popadają osoby nie mające własnej tożsamości, chcące "podczepić się" pod jakąś grupkę i mieć gotowy przepis na życie, słabe psychiczne, dające sobą łatwo manipulować, mające skłonności do popadania w ideologie. Brak otwartości na racjonalne argumenty wykraczające poza naszą bańkę, brak szczerości ze samym sobą czy niechęć do wykraczania poza naszą strefę komfortu bardzo często łączą się z byciem w ideologii, wręcz są jej objawami. Przecież tak łatwo przyjąć za nieomylną prawdę to co mówi dana religia bądź sekta i żyć według tego. Unikać ateistów mających sensowne argumenty. A najlepiej to w ogóle unikać ludzi, którzy nie wyznają tego co my. Ignorować głos rozsądku, który mówi, że to co robimy może nie jest takie do końca dobre. Przecież to takie wygodne by iść za tłumem, słuchać danego guru, nie przemęczać się samodzielnym myśleniem. No i przy okazji mamy odpowiedź na te wszystkie jakże straszne pytania, które spędzają sen z powiek naukowcom i filozofom typu "Jak powstał świat?", "Czy Bóg istnieje?", "Czy życie ma sens?" itd.
Inną przyczyną, tego, że prawda "nas boli", która przyszła mi do głowy jest nasza kultura zakłamania i sztucznego uśmiechu. Wiecie co często charakteryzuje osoby chorujące na depresję? Uśmiechają się. Cieszą się. Wręcz WYDAJĄ się być wiecznie radosne. Dlaczego? Nie chcą martwić swoimi problemami swojej rodziny czy znajomych. Oto właśnie skutek tych wszystkich "wypada, należy, co ludzie powiedzą". Ile Ty sam/a na pytanie "Co tam?" odpowiadałeś/aś "Wszystko dobrze.", choć wcale tego nie czułeś/aś. No, ale tak przecież wypada. Przecież wypada iść na studia, choć może wcale nie czujesz takiej potrzeby. Później wypada wziąć ślub. Mieć dzieci, choć może wcale ich nie chcesz. Siedzieć cicho i przytakiwać, gdy masz inne poglądy niż środowisko, które Cię otacza. Czy więc nasza kultura niejako uczy nas zakłamania? Skoro tak świetnie przez całe życie nauczyliśmy się kłamać, zaprzeczać naszym potrzebom, żyć "pod publikę" to jak możemy chcieć zmierzyć się z prawdą? Skoro jesteśmy przyzwyczajeni do kłamstwa to co w tym dziwnego, że obawiamy się prawdy? Może to wpływa na to, że prawda "nas boli"? Z tą refleksją Was zostawię.
Co na ten temat sądzicie? Też zauważyliście, że prawda "boli" większość naszego społeczeństwa? Może sami u siebie zauważyliście tego typu zachowania? Co według Was jest przyczyną takiego stanu? Koniecznie podzielicie się Waszymi przemyśleniami!
Btw. w poniedziałek opublikowałam Rodział 9 mojego opowiadania Ptaszkow. Więcej zdjęć znajdziecie na moim Instagramie.
Do następnego!

piątek, 21 czerwca 2019

Jak pozbyłam się łupieżu? Moje sposoby

Źródło zdjęcia: https://www.hellozdrowie.pl/domowe-sposoby-na-lupiez-czego-warto-sprobowac/
Obrabiałam ja.
Cześć! Jakiś czas temu opublikowałam moją recenzję szamponów przeciwłupieżowych. Wspomniałam w niej, że pozbyłam się tego problemu. Pomyślałam, że dobrze będzie podzielić się z Wami moim doświadczenie w tym temacie.
Pokrótce przedstawię Wam moją historię. Najgorszy łupież jaki miałam w życiu miał swoje początki gdzieś na początku mojego okresu dojrzewania, czyli pod koniec szkoły podstawowej i ciągnął się trochę przez gimnazjum. Według mnie był straszny. Na mocno przetłuszczających się włosach miałam pełno białych płatów, a skóra głowa była podrażniona i swędziała. Nie pomagały żadne szampony przeciwłupieżowe ani inne cuda. Z mamą myślałyśmy, że może to wynik dojrzewania, tak ma być i w bliżej nieokreślonej przyszłości minie. Nic bardziej mylnego. Najśmieszniejsze w tej historii jest to, iż rozwiązanie przyszło samo, kiedy go nie szukałyśmy. Gdy miałam 13-14 lat zaczęła się moja fascynacja kosmetykami. Testowałam tony szamponów, kremów, maseczek, peelingów itp. i dziwiłam się czemu wszystkie się nie sprawdzają. Pewnego dnia była u mnie przyjaciółka (pozdrawiam Cię Ewelino, jeżeli to czytasz :) i opowiadała o tym, że wiele kosmetyków myjących ją podrażnia, ponieważ zawierają one SLS/SLES. Gdy już pojechała do domu, postanowiłam przyjrzeć się składom moich kosmetyków (chyba po raz pierwszy w życiu!) i odkryłam, że w większości z nich na bardzo wysokim miejscu ma Sodium Lauryl Sulfate (SLS) bądź Sodium Laureth Sulfate (SLES). Obie te substancje to bardzo silne detergenty używane w kosmetykach myjących, w celu głębokiego oczyszczenia z brudu, im tego więcej, tym kosmetyk zazwyczaj lepiej się pieni. W tym momencie wszystko zaczęło mi się dodawać. Podrażniona skóra twarzy - żel do twarzy z SLS/SLES, podrażniona po każdym myciu skóra na całym ciele - żel pod prysznic z SLS/SLES, podrażniona skóra głowy i łupież - szampon z SLS/SLES. Od tamtej pory zawsze zanim kupię jakiś kosmetyk - sprawdzam jego skład. Oprócz tych dwóch istnieją też inne substancje, które mogą mieć właściwości podrażniające, które znajdziecie TUTAJ. Te dwa są najpopularniejsze, ale jeżeli mamy wrażliwą skórę należy unikać także tych, wymienionych na zalinkowanej przeze mnie stronie. Od razu wspomnę, że nie każdy musi ich unikać - jest to kwestia indywidualna. Jedni są na to bardziej wrażliwi, drudzy mniej, a dla trzecich to w ogóle nie robi żadnej różnicy. Jednak jak widać ja oraz moja przyjaciółka należymy do wrażliwców :) Gdy zaczęłam wybierać szampony bez tychże dodatków oraz z jak najbardziej naturalnym składem - moja skóra głowy mega się poprawiła, a łupież uspokoił. Jeżeli chcielibyście poznać głębiej temat składów kosmetyków to polecam tę grupę na facebook'u LINK.
Może to niektórych zdziwi, ale według moich obserwacji drugim powodem powstawania łupieżu może być zła dieta. Co mam na myśli? Przede wszystkim wszelkie bardzo przetworzone, śmieciowe jedzenie (słodycze, fastfoody), a także cukier. Przede wszystkim mam na myśli cukier rafinowany w postaci sacharozy, ale także inne słodziki. Można znaleźć je wszędzie, nie tylko w cukierniczce - często sami dodajemy go sobie do herbaty czy kawy, do różnych deserów, w gotowych produktach także go nie zabraknie - napoje, soki, wody smakowe, pasty do pieczywa, pieczywo, płatki śniadaniowe, wędliny... nigdzie go nie brakuje. Jak temu zaradzić? Jeść żywność jak najmniej przetworzoną (jak to mówi moja ulubiona dietetyczka - żywność, która urosła bądź się urodziła, a nie została wyprodukowana w fabryce), czytać składy, zamiast dziwnych napojów pić zwykłą wodę oraz wywalić cukier i inne słodziki z diety, bądź chociaż je ograniczyć. Takie zmiany w diecie nie tylko pomogą w wyleczeniu łupieżu, ale także w ogólnym polepszeniu Waszego zdrowia oraz samopoczucia. Czasami jednak jest tak, że dieta wydaje się być odżywcza, nie ma w niej za dużo przetworzonego jedzenia, a łupież bądź jakieś inne dziwne stany występują. Może być to nietolerancja pokarmowa. O nietolerancjach pokarmowych na pewno napiszę jeszcze nie jeden post, gdyż sama na nie cierpię. Jeżeli podejrzewacie, że możecie reagować źle na jakiś produkt - należy wykonać testy na nietolerancję pokarmową, a nietolerowane pokarmy wykluczyć z jadłospisu. Od siebie mogę dodać, że gdy przestałam jeść gluten i nabiał (a potem jeszcze kilka innych rzeczy, bo to nie są moje jedyne nietolerancje) łupież się zmniejszył. Jest jeszcze jedna rzecz, w diecie, której moim zdaniem należy się przyjrzeć w kontekście łupieżu. Wcześniej pisałam o cukrze, to i teraz napiszę o cukrze, a konkretniej o całej grupie węglowodanów. Obecnie często zapominamy, że przecież cukier to wszystkie węglowodany. Mogą być one zróżnicowane pod względem budowy, ale ostatecznie wszystkie one rozkładają się w naszym organizmie do glukozy i fruktozy. Nie chcę, żebyście teraz myśleli, że zamierzam demonizować węglowodany i sugerować Wam, że macie je odciąć całkowicie, bo nie to jest moim celem. Owszem, jestem zdania, że dobrze zrobione diety ketogeniczne, karniwora i inne wysokotłuszczowe mogą być bardzo korzystne, ale jednocześnie nie oznacza to, że wszyscy muszą być na takiej diecie, tym bardziej jeżeli ktoś się czuje dobrze na węglach. Natomiast problem z węglami jest taki, że przez ich zbyt duże spożycie możemy mieć różne problemy zdrowotne w tym także łupież. Z tego co zauważyłam Polacy lubią jeść dużo produktów węglowodanowych (pieczywo, makarony, ziemniaki, płatki etc.) na czym cierpi białko i tłuszcz (zwłaszcza to drugie, którego niepotrzebnie się boimy). Nie musimy mieć węglowodanów w każdym posiłku. U mnie bardzo dobrze sprawdza się śniadanie białkowo-tłuszczowe, najczęściej są to jakieś swojskie kiełbaski, parówki z dobrym składem lub jakieś mięsko, które zostanie z obiadu, bądź podroby (wątróbka jest bardzo odżywcza, sprawdźcie sami ile zawiera witamin i minerałów) czasami w towarzystwie warzyw, ale najczęściej bez. Jeżeli możecie jeść jajka (ja niestety mam na nie nietolerancje) to też będą one dobrym pomysłem na takie śniadanie. W taki sposób możecie zamienić przykładowo bułkę pszenną z dżemem, płatki z mlekiem itp. (inaczej cukier z cukrem, zero wartości odżywczych) na dobrej jakości mięso czy jaja (pełnowartościowe białko i tłuszcze, pełno witamin i minerałów). Myślę, że do śniadań białkowo-tłuszczowych jeszcze kiedyś wrócę, gdyż mają wiele korzyści.
Czasami jest też tak, że mamy jakieś nawyki bądź tiki nerwowe, polegające na drapaniu skóry głowy (przynajmniej ja tak kiedyś miałam) i poprzez naruszenie naskórka sami de facto sobie ten łupież tworzymy. Wtedy rozwiązaniem będzie przezwyciężenie tego nałogu.
To tyle co na tą chwilę wiem o skutecznych rozwiązaniach na łupież. Czy zmagaliście się bądź zmagacie się dalej z łupieżem? Jeżeli go wyleczyliście to co Wam pomogło? Wypróbujecie moje sposoby? Co o nich sądzicie?

niedziela, 9 czerwca 2019

Klej do butów sportowych TADAM

Jeżeli myślicie, że moja dłuższa nieobecność w blogosferze jest spowodowana strajkiem to... nie pomyliście się, lecz nie moim, a nauczycieli. A konkretniej nadrabianiem materiału po tymże proteście. Jeżeli lubicie czytać moje wypociny to możecie im serdecznie podziękować ;)
Ale dzisiaj porozmawiamy sobie o czymś przyjemnym :)
Mianowicie jakiś czas temu znowu dostałam zaproszenie do współpracy, tym razem do przetestowania dostałam klej do butów sportowych firmy TADAM. Do czego służy i jak się sprawdza? Jeżeli chcecie się dowiedzieć to zapraszam do dalszej części posta.
Jak widzicie, wraz z klejem dostałam przeuroczy breloczek, który doczepiłam sobie do kluczy.
Tak prezentuje się opakowanie z każdej strony.
Tak wygląda już bez pudełeczka.
Treść ulotki:
(kliknij, żeby powiększyć)
Opis producenta:
TADAM to klej do samodzielnej naprawy butów sportowych. Ma konsystencję żelu, jest przezroczysty. Łatwy w użyciu i bardzo skuteczny. Klei natychmiastowo. Odpowiedni do skóry, tkanin, tworzyw sztucznych. Służy do naprawy podeszew, wkładek, brzegów, obcasów, nosków. Odporny na czynniki atmosferyczne. Naprawionego obuwia nie trzeba wystawiać na powietrze do wyschnięcia. Klej nie zawiera rozpuszczalników i nie jest łatwopalny.
Moja opinia:
Tym razem znowu poprosiłam mojego tatę by pomógł mi w testowaniu, gdyż miał akurat kilka rzeczy nadających się do naprawy. Klej świetnie radzi sobie z klejeniem skór, tworzyw sztucznych i tkanin. Mój tata używał go do sklejenia butów, podeszew, dętki rowerowej, a nawet mojego długopisu, który był wadliwy. Oboje jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów. Produkt zgodnie z tym co znajdziemy w opisie jest trwały, szybko zasychający, niewidoczny, a także elastyczny. Możemy polecić go Wam z czystym sumieniem.
Nasza ocena to 5/5 punktów.
Mieliście kiedyś do czynienia z tym klejem? Jak Wam się sprawdził? Koniecznie dajcie znać co sądzicie!

niedziela, 21 kwietnia 2019

Szampony przeciwłupieżowe Catzy Healing

Jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania szamponów przeciwłupieżowych marki Catzy Healing. Jako, że uwielbiam testować różnego typu kosmetyki bardzo chętnie się zgodziłam. Dzisiaj podzielę się z Wami moją opinią.
Tak prezentują się butelki szamponów, bez pudełek:
Opis oraz skład szamponu przeciwłupieżowego do każdego rodzaju włosów (tego czerwonego):
Opis oraz skład ziołowego szamponu przeciwłupieżowego do włosów przetłuszczających się (zielonego):
Moja recenzja:
Jeżeli chodzi o mnie to szczerze powiedziawszy nie używałam ich wiele razy. Osobiście na szczęście nie borykam się już z łupieżem (jeszcze kilka lat temu był dla mnie meeega problemem, ale udało mi się go pozbyć), więc nie mogę Wam powiedzieć czy skutecznie leczy tę przypadłość. Niestety wysuszył mi dosyć włosy, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że nawilżenie włosów w tym przypadku nie było piorytetem producenta. Po za tym może nie aż tak bardzo jak to potrafiły inne tego typu kosmetyki, ale podrażnił mi trochę skórę głowy, co objawiało się jej swędzeniem. Myślę, że to podrażnienie "zawdzięczam" składnikowi jakim jest "Sodium Laureth Sulfate" (SLS), gdyż jest to dosyć silny "oczyszczacz", a jako, że ja mam bardzo wrażliwą skórę głowy i właściwie to na całym ciele, tak silne substancje ją podrażniają. Jednak to czy SLS będzie Was podrażniał jest sprawą bardzo indywidualną, gdyż sporo osób twierdzi, że nie mają problemów z kosmetykami, w których on się znajduje.
Poprosiłam o przetestowanie tych produktów także mojego tatę i babcię. Tata mył głowę zielonym, a babcia czerwonym. Mój tata twierdzi, że nie ma żadnych zastrzeżeń. Wiem, że niezbyt szczegółowa opinia, ale nie spodziewajmy się wiele po mężczyznach :) Moja babcia natomiast mówi, że "nie jest najgorszy", ale miała po nim trochę sztywne włosy, jakby właśnie przesuszone.
Nasza ocena to 3/5 punktów
Słyszeliście o tej firmie? Używaliście kiedyś tych szamponów bądź ich innych kosmetyków? Jak Wam się sprawdziły?

niedziela, 24 marca 2019

Trzy lata "Wiejskiego chomiczka"! Smaruję twarz smalcem!

Witajcie kochani!
Ten czas tak szybko leci... Jest 24.03.2019, a dopiero co 24.03.2016 zakładałam tego bloga, a właściwie przenosiłam się z innego, może ktoś jeszcze pamięta te czasy? ;) Tak czy inaczej cieszę się, że przez ten czas mogłam go prowadzić, rozwijać, poznać tak wiele wspaniałych osób, które tu zaglądają, świetnie się przy tym bawiąc. To cud, że jeszcze nie porzuciłam tej strony, bo wcześniej prowadziłam mnóstwo blogów, które po niedługim czasie usuwałam albo przestawałam prowadzić. Hm... może w końcu dojrzałam na tyle by wziąć za blogowanie na poważnie?
Chciałabym z całego serca podziękować Wam wszystkim, którzy obserwują, czytają, komentują. Bez Was nie byłoby sensu pisać. To, że jesteście, udzielacie się, niezwykle motywuje mnie do działania, wymyślania tematów na nowe posty i ruszania swoich czterech liter by coś naskrobać (chociaż czasami jest z tym ciężko). W ramach "uczczenia" tych 3 lat, jak zwykle przy takich okazjach musiałam się wydurnić, ale bądźmy szczerzy... kogo satysfakcjonują same nudne podziękowania? Tak, to nie clickbait, na serio posmarowałam twarz smalcem. Jesteście ciekawi jakie były efekty?
Pewnie zastanawiacie się skąd coś takiego przyszło mi do głowy, czyżbym już całkowicie zwariowała? Otóż pierwszy powód jest taki iż lubię testować różne rzeczy, nawet jeżeli wydają się być one dość nietypowe. Przykładowo w tamtym roku używałam jako maseczek na twarz chyba całej możliwej spożywki... Smalcu użyłam teraz po raz pierwszy, żeby nie było :D Moją drugą motywacją było to, że jak może niektórzy wiedzą albo i nie (wspominałam o tym w którymś poście) mam skórę atopową, co w moim przypadku oznacza tyle, że jest meeega sucha i meeega wrażliwa, a przy tym jeszcze pojawia się trądzik, gdy zjem coś czego nie toleruję (o nietolerancjach pokarmowych jeszcze któregoś dnia napiszę, więc na razie nie wgłębiajmy się w to). Krótko mówiąc - przekichane. Z taką cerą naprawdę ciężko jest znaleźć kosmetyki, które jej podpasują, aczkolwiek na szczęście po wielu latach męczarni chyba w końcu udało mi się dopasować odpowiednie produkty do jej codziennej pielęgnacji, a przynajmniej jestem bardzo blisko. Ostatnio dowiedziałam się co może być przyczyną przesuszonej cery - zbyt mała ilość tłuszczy nasyconych przede wszystkim w diecie, ale także w kremie czy w czymkolwiek innym co nakładamy na ryjka. Skóra składa się głównie z lipidów (tłuszczy), więc logicznym jest, że jej problemy mogą być spowodowane niedoborem nasyconych kwasów tłuszczowych. Wiedząc to zmodyfikowałam nieco swoją dietę zwiększając ilość białek i tłuszczy odzwierzęcych, ograniczając przy tym węglowodany. Zauważyłam poprawę skóry, ale także ogólnego stanu zdrowia, ale dzisiaj też nie o tym :D Jak wiemy smalec to nic innego jak tłuszcz, więc skoro mam suchą mordkę, ponieważ nie potrafi ona wytworzyć odpowiedniej bariery lipidowej to może smalec może ją zastąpić? No to pora na szczegóły!
Mam nadzieję, że Was tymi fotkami zbytnio nie wystraszę, gdyż nie pindrzyłam się tego dnia zbyt mocno, była sobota, także siedziałam cały dzień w domu ;) Tutaj jestem jaka byłam świeżo po wstaniu z łóżka, przed umyciem twarzy.

Tutaj już po umyciu twarzy.


Chwilę po nałożeniu smalcu. Zaczęłam się świecić niczym lampki bożonarodzeniowe, ale tego można było się spodziewać ;P
A tutaj widok po całym dniu chodzenia ze smalcem na ryju, przed wieczornym ogarnianiem się. Jak wrażenia? No niestety się rozczarowałam, efekty chyba są zauważalne na zdjęciach. Skóra się zaczerwieniła i była wyraźnie podrażniona, a także mój eksperyment zatkał mi pory. Sprawił, że wyskoczyło mi kilka pryszczy, z którymi przez kilka kolejnych dni musiałam walczyć. Słyszałam, że niektórzy faktycznie smarują tym twarz i sobie chwalą, cóż... na mnie najwidoczniej to nie działa, bądź akurat mój smalec się do tego nie nadaje. Zamiast tego lepiej zrobię, gdy będę go po prostu jeść xD
Jeżeli ktoś jest takim wariatem jak ja to może próbować to na sobie, aczkolwiek ostrzegam, że robicie to na własną odpowiedzialność bo jak widzicie na załączonym obrazku, niekoniecznie musi się to udać ;)
Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję ze spędzone wspólnie 3 lata.
Podobał Wam się dzisiejszy post? Słyszeliście o smalcu jako antidotum na suchą skórę? Próbowaliście kiedyś nakładać coś dziwnego na twarz?

środa, 13 marca 2019

Najlepsza siłownia na świecie, do której dla każdego karnet jest darmowy + wyniki rozdania

Hello, co u Was słychać? Stęskniłam, się wiecie? To chyba znak, że pora coś napisać.
Jak wiecie od jakiegoś już czasu wszędzie trąbię, że interesuję się zdrowym stylem życia. Przed chwilą właśnie zmodyfikowałam nie co mój opis na blogu i jeszcze w kilku innych miejscach. Umieściłam w nim m.in. takie słowa : Mówiąc zdrowy styl życia ma na myśli zupełnie coś innego niż 5 posiłków dziennie, białko w proszku i zapiernicz na siłce. No i dzisiaj właśnie poruszymy tę ostatnią kwestię.
Czy siłownia jest dobra? Czy siłownia jest zła? Moja odpowiedź jest taka - to zależy. Jeżeli chcemy zbudować mięśnie, pracujemy na zewnątrz i w sumie to jesteśmy całkiem zdrowi, nie mamy jakichś poważnych problemów zdrowotnych typu choroby autoimmunologiczne czy insulinooporność, to tak, siłownia może być ok. Jest tam w końcu dużo specjalistycznego sprzętu, który przy odpowiednim jego używaniu i odpowiedniej diecie pomoże nam wyrzeźbić ładne ciało. Natomiast jeżeli chcesz schudnąć, poruszać się dla zdrowia, ale pracujesz bądź cały dzień siedzisz w pomieszczeniu to już niekoniecznie. A jeżeli dochodzą do tego kwestie takie jak choroby autoimmunologiczne czy insulinooporność to już w ogóle. Dlaczego? Mimo tego, że nieco się rozwinęliśmy i oddaliliśmy od natury to ona dalej nas wzywa. Nie mam na myśli, że dosłownie, ale po prostu do dobrego funkcjonowania naszego organizmu i naszego dobrego samopoczucia jest nam potrzebny kontakt z przyrodą, najlepiej codzienny.
No ok... ale co to znaczy ten "kontakt z naturą"? Tak naprawdę nic wielkiego. Wystarczy po prostu spacer. Do lasu, w pole, na łąkę, do parku, w tereny zielone, gdziekolwiek gdzie mamy taką możliwość. Oczywiście jeżeli chcemy, można też pojeździć na rowerze, rolkach, desce, poćwiczyć, ale najlepsze efekty otrzymamy kiedy będziemy wykonywać te czynności na zewnątrz. Badania pokazują, że wyjścia "w zielone" odstresowują nas (poprzez obniżanie hormonu stresu, kortyzolu), odprężają, wyciszają, poprawiają nastrój, a także regulują nasze hormony, przez co może poprawić się np. nasz sen, jeżeli mamy z nim problemy. W regulacji hormonów bardzo dużą rolę odgrywa słońce, ale nie tylko ono, również też zimno i kilka innych czynników związanych z przebywaniem na zewnątrz. Wiele osób mówi, że gdy chodzą na spacery - chudną, a gdy ćwiczą na siłowni z trenerem personalnym to nie chudną. Ciekawe, prawda? Najpewniej chodzi tu o te wszystkie korzyści, które zapewnia nam przyroda. Świeże powietrze, śpiew ptaków, odczuwanie warunków atmosferycznych - tego nie doznamy na siłowni. Zamiast tego zmierzymy się z ćwiczeniami w klimatyzowanym pomieszczeniu, sztucznym światłem, zamkniętej przestrzeni, zaduchu... Myślicie, że takie warunki są serio dobre dla zdrowia? Szczerze powiedziawszy byłam na siłowni raz z przyjaciółką - pierwszy i prawdopodobnie ostatni. Czułam się tam... nieswojo, ciężko mi było powiedzieć dlaczego, ale naprawdę dziwnie mi się tam ćwiczyło, mimo, że wcześniej ćwiczyłam u siebie w domu, jeździłam rowerem po okolicznych wioskach i spędzałam trochę czasu na siłowniach na dworze. Tak jakby moje ciało podpowiadało mi, że ono czuje się tu niekomfortowo i nie chce tutaj być. Teraz już chyba wiemy dlaczego. A gdy ktoś pracuje cały dzień w biurze bądź innym pomieszczeniu, a potem idzie jeszcze na siłkę do innego klimatyzowanego pomieszczenia no to dokłada swojemu organizmowi kolejnego stresora i nie dotlenia się.
Nie zapominajmy, że chodzenie także pozytywnie wpływa na nasz organizm. Jest to najbardziej dla człowieka naturalny ruch, przy którym oprócz spalania energii pompujemy także krew! Czyli znowu jest to czynność przy której się dotleniamy, poprawia się nasze krążenie, zapewniamy sobie dawkę aktywności fizycznej, nie wpadając przy tym w zadyszkę, jak np. ja przy bieganiu, którego nienawidzę. No i też chodzenie według mnie jest bardzo przyjemne, a w otoczeniu natury to już w ogóle! A co z tymi nieszczęsnymi chorobami autoimmunizacyjnymi i insulinooprnością? Dlaczego dla osób mierzących się z tymi przypadłościami siłownia nie będzie dobrym pomysłem? Gdy nasz układ immunologiczny jest upośledzony i nie tylko, jeśli cokolwiek w naszym organizmie nie działa do końca tak jak powinno, to logicznym jest, że w takiej sytuacji by zapobiec dalszemu rozwojowi choroby musimy jeszcze bardziej dbać o nasz organizm niż przeciętna, zdrowa osoba. Sama mam chorobę autoimmunologiczną jaką jest Hashimoto i wiem co mówię. Dbanie o nasze zdrowie to oczywiście odpowiednia dieta i styl życia, w który wliczamy także odpowiednią aktywność fizyczną. W tym wypadku by nie stresować naszego organizmu sztucznością i wyregulować gospodarkę hormonalną, powinniśmy wybierać aktywność na zewnątrz, najlepiej właśnie ten spacer.
Kolejną kwestią dla której ćwiczenia na siłowni stają się bezsensowne dla osób z powyższymi przypadłościami jest fakt, że w naszym wypadku ćwiczenia z obciążeniem nie powodują budowy tkanki mięśniowej. Wręcz przeciwnie! Potrafią ją spalić. Choroba autoimmunologiczna to w skrócie taka, w której organizm atakuje sam siebie na wskutek upośledzonego układu immunologicznego no i stąd takie kwiatki... Sama wiem po sobie jak to wygląda, bo miałam niedawno taki epizod kiedy to chciałam wyrobić sobie mięśnie i jakież było moje zdziwienie, gdy kilka miesięcy ćwiczeń siłowych nic dało...
Jak spacerować? Wiadomo, że najlepiej by było codziennie, ale nie zawsze mamy taką możliwość. Ja np. spaceruję w czasie wolnym, czyli najczęściej w weekendy i kiedy mam wolne od szkoły np. w postaci ferii. Ile czasu poświęcić na taki spacer? Najlepiej ok. godziny, ale jeżeli np. zamiast tramwaju przejdziemy się 15 minut do pracy/szkoły to też nie będzie źle. Lepiej robić cokolwiek, niż nic. Aczkolwiek zachęcam Was do długich spacerów na łonie natury, a sami zobaczycie, że się od nich uzależnicie ;)
Polecam obejrzeć również filmik dietetyka klinicznego, w którym porusza jeszcze kilka innych ciekawych kwestii dotyczących spaceru, żeby nie było, że sama to wszystko sobie wymyśliłam ;)
Jeszcze raz zachęcam wszystkich do regularnego spacerowania. Nie zaszkodzi, a na pewno pomoże! Zresztą... spróbujcie i przekonajcie się sami ;)
A teraz kolej na wyniki rozdania...
Wylosowany został numer 30, co oznacza, że zwycięzcą rozdania jest...
...Peter49 Ceniacyksiazki! Serdecznie gratuluję! Mam nadzieję, że takimi prezentami ucieszysz swoją żonę i córkę ;)
Spodobał Wam się dzisiejszy post? Lubicie spacerować? A może uprawiacie inną aktywność fizyczną? Jeszcze raz gratuluję zwycięzcy!

wtorek, 19 lutego 2019

"Nie masz dzieci, więc nic nie wiesz, a najlepiej to zamilcz!"

Prowokatorką do dzisiejszego posta jest moja babcia ;)
Od pewnego czasu zaczęłam oglądać na YouTube pewien, interesujący mnie kanał prowadzony przez pewną, interesującą kobietę. Nagrywa ona nieco kontrowersyjne widea, aczkolwiek mi ich forma odpowiada, jest w nich autentyczna, mówi co myśli i nikogo nie udaje. Co według mnie najważniejsze - ma bardzo dużą wiedzę o zdrowiu i psychologii człowieka, którą się dzieli ze swoimi widzami. Na kilka dni pojechałam do mojej babci, a jako, że ona mieszka w bloku i trochę się u niej nudziłam, postanowiłam pooglądać trochę jej filmów. Babcia też trochę słuchała i widać było, że poruszany temat w jednym filmiku ewidentnie nie zgadzał się z jej światopoglądem i zaczęły się pytania...
"A czy ona ma męża?"
"Nie, ma chłopaka."
"A ma dzieci?"
"Nie."
No i się zaczęło... "Nudzi jej się, nie ma co robić bo nie ma dzieci, jakby miała dzieci to by jej się nie nudziło, a tak to nagrywa filmy na YouTube i pewnie na tym zarabia, a w ogóle to jest wulgarna, czepia się innych i nic nie wie o życiu, tralalalala..."
Pomińmy fakt, że osądzanie drugiego człowieka praktycznie go nie znając i nie wiedząc co siedzi w jego głowie jest bardzo niesprawiedliwe (ale niestety moja babcia jest z tego bardzo znana) i często zdradza tak naprawdę to co my myślimy, nie bez powodu w końcu istnieje powiedzenie "nie mierz innych swoją miarą", ale dzisiaj chciałabym się skupić na czyimś innym. Na złych, okropnych, bezdusznych, leniwych i wygodnych ludziach bezdzietnych :) Bo to już nie pierwszy raz kiedy słyszę niepochlebne opinie o tych, którzy nie posiadają dzieci, a dostają te niepochlebne opinie tylko z tego tytułu... Jeżeli chodzi o ten przypadek to co to w ogóle ma do rzeczy, że ona nie ma dzieci? Nie moja sprawa. Porusza wiele ważnych dla mnie kwestii i wiele się od niej dowiedziałam, a także trochę się ubawiłam.
Mam wrażenie, że niektórzy ludzie podobnie postrzegają osoby, które nie posiadają dzieci. Nie rozumiem jak można na tej podstawie wysnuwać jakieś dziwne wnioski typu "nic nie wiedzą o życiu", "tylko zabawa im w głowie", "leniwi są i dzieci nie chcą" itp. A skąd wiesz, że ta para nie ma dziecka, ponieważ któreś z partnerów jest bezpłodne? Albo któreś ma jakąś chorobę dziedziczną i nie chce rodzić chorego dziecka, które by się męczyło tak samo jak on/ona? A może mają obecnie trudną sytuację finansową? A nawet jeśli są zdrowi i niczego im nie brakuje, ale po po prostu nie decydują się na dziecko, to co z tego? Jeżeli nie czują się na siłach to po co mają się zmuszać? Bo tak trzeba, bo tak wypada? To ich życie, nie Twoje, skup się na własnym. Według mnie jeżeli ktoś kategorycznie mówi, że nie lubi dzieci, nie chce ich mieć to może rzeczywiście lepiej, żeby ich nie miał. Znam wiele takich sytuacji gdzie ludzie nieodpowiedzialni, z poważnymi nałogami, toksyczni etc. posiadają potomstwo. I wiecie co? Jest ono nieszczęśliwe bo rodzice go nie szanują, nie zapewniają mu odpowiednich warunków do rozwoju, nie dostaje od nich wystarczająco wiele miłości albo wcale jej nie dostaje... Wiecie co często słyszę od osób, które wychowywane są przez tego typu rodziny? Że wolałyby się nie urodzić. Dlatego może nie wciskajmy każdemu człowiekowi kitu, że "posiadanie chociaż jednego dziecka, a najlepiej całej gromadki to jego obowiązek". Kiedyś przysłuchiwałam się dyskusji moich rodziców, w której mój tata stwierdził, cytuję : "Każdy powinien mieć chociaż jedno dziecko, żeby dostać w d*pę i wiedzieć co to znaczy". Wiecie... poczułam się trochę obrażona gdy to usłyszałam bo poczułam się jakbym była jakimś ciężarem, aczkolwiek mój rodziciel uważa, że nie o to mu chodziło, i że cieszy się, że mnie ma, lecz ta wypowiedź oddaje sens pewnego myślenia o bezdzietnych, przynajmniej w Polsce. Uważam, że jeżeli ktoś chce mieć dzieci to spoko, ale musi pamiętać, że jeżeli się na nie decyduje to nie zawsze będzie różowo. I nie może mieć o to do nikogo mieć pretensji, bo ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, ani absolutnie nie może tego narzucać innym. No i ten słynny argument, wyciągnięty właśnie przez moją babcią "ludzie bez dzieci nic nie wiedzą o życiu". Serio? Serio ktoś uważa, że ludzkie życie ogranicza się tylko do płodzenia i rodzenia potomków? Jakież smutne musi być takie życie. Niektórzy mają też różne pasje, hobby, studiują interesujące ich zagadnienia... A gdy je studiują przez kilka lat no to chyba jakąś wiedzę z danej dziedziny mają, może nawet większą niż Ty, drogi rodzicu?
Podsumowując... Może patrzmy na człowieka przez pryzmat jego osobowości, a nie tego ile dzieci zrobił ;)
Żeby nie było - nie miałam zamiaru dzisiejszym postem urazić żadnych rodziców, a jedynie dać do myślenia tym, którzy uważają, że wiedzą lepiej od danej jednostki jak ten człowiek ma żyć niż ona sama. Myślę, że kiedyś sama bym chciała zostać mamą, ale to moje życie i nikomu nic do tego, tak samo jak nie moją kompetencją jest zmuszać innych do takiej decyzji bądź oceniać ich negatywnie i nie posłuchać co mają do powiedzenia, tylko dlatego, że są bezdzietni... Co to w ogóle ma za znaczenie?
Przypominam o rozdaniu, które organizuję i trwa ono do 8 marca, szczegóły TUTAJ
A wy spotkaliście się z takim przekonaniem? A może sami byliście źle oceniani, ponieważ nie macie dzieci? Co o tym sądzicie? Zachęcam do dyskusji :)